Koniec lata w Delhi

Wylecieliśmy z Polski ostatniego chyba dnia przed nadejściem zapowiadanej fali upałów. Właściwie cały czerwiec było na Wybrzeżu chłodno i deszczowo.

Na lotnisku w Moskwie było dośc ciepło, za ciepło, ale znośnie, podobnie z samolotem, ale można to było złożyć raczej na niedomagania klimatyzacji niż pogodę.
Przylatujemy po 2.00, jest znośnie, nie atakuje nas fala gorąca. Ale następny dzień jest już inny.
Pierwsze nieprzyjemne uczucie, to nagromadzony kurz. Sypialnie posprzątali znajomi, ale wszedznie indziej, mimo zamknietych okien jest go nieprzyjemna w dotyku warstwa. Balkony totalnie zaśmiecone przez ptaki.
W domu można funkcjonować przy włączonych wentylatorach i pootwieranych oknach. Niemniej wychodząc na korytarz, czy nawet z mieszkania słychać włączone klimatyzatory.

Ewidentnie społeczeństwo zamożnieje. Coraz więcej ludzi chłodzi całe mieszkania i to chyba przez 24 h. Przy takim mieszkaniu jak nasze, rachunek wyniesie prawdopodobnie ponad 1000 PLN.

Kolejna uderzająca rzecz we wczesnych godzinach popołudniowych to pustka. Kto nie musi nie wychodzi na dwór. Sklepy niby pootwierane, minęła juz godzina lunchu, tylko jakoś nie widac sprzedawców. Ale oni są, śpią na podłodze, nie klientów, a jest to jakiś sposób na przetrzymanie skwaru.
W biurze firmy kurierskiej ruch natomiast normalny, może ciut mniej klientów niz zwykle. Wentylatory pracją pełną para, pracowników nie rozpieszcza się klimatyzacją. Zreszta przesyłka zostaje dostarczona następnego dnia do Faridabadu (miasto obok Delhi), czyli upał nie przeszkadza.
Wieje wiatr, chyba z północy, to jakby obietnica ochłodzenia, ale ono nie przychodzi. Chwilami wiatr się wzmaga, robi się nawet szaro, ale trwa to krótko i nie osiąga to siły burzy pyłowej.

Więcej ludzi pojazwia się wieczorem, choć nadal nie ma tłumu. W parku jest tłoczno. Jest wyraźnie chłodniej, choć daleko do naszej wieczornej rzeźkości. Na podwórku naszej society ganiaja tabuny dzieci. Skąd one się tu wzięły? Przed wakacjami ich tylu chyba nie było.
W niedzielę wieczorem jedziemy do kościoła do wioski Amerhai. To też w Dwarce, w sektorze XIX. Tu już jest inny świat. Tłum, do tego radykalnie spada jego klasa. Gromady boyów. Gęsto stojace kilkupiętrowe budynki wstrzymuja ruch powietrza. Po dwóch godzinach wracamy. Jest już ciemno, jedna z głównych ulic i znów inny świat. Masa świateł, setki samochodów (oczywiscie z długimi swiatłami). Ruch, jak w Singapurze. A przecież to niedziela wieczór. Z drugiej strony, jest juz chłodniej i ludzie zaczynają życie towarzyskie, chciaż jego aktywnośc wielokrotnie przewyższa nasz niedzielny wieczór.

Budzimy się około 6.30 w poniedziałek. Coś ciemniej niż być powinno. Po kwadransie zaczyna padać. Lato się chyba skończyło, przyszedł monsun.